środa, 7 września 2011

Another before and after

Wracając od fryzjera nie mogłam się zdecydować czy mi się podoba czy nie. 
Z jednej strony fryzjer nie chciał mi zrobić tak jak chciałam. Z drugiej w końcu on chyba lepiej wie, to może ma rację. 
Włosy z założenia miały być fioletowe. Czysty fiolet. Jednak moje kłaki były za ciemne i wyszło jak wyszło czyli jakiś burgund. Po drugi miały być turkusowe refleksy. Co Tomek odradził, nie ze względu na urodę czy pasowość do mojej paszczy, ale ze względów praktycznych, że się zmywają po 3 myciach. Zamiast tego dał dwa pasemka które miły być w kolorze chłodnej czerwieni.
Fryzurkę też chciałam inną, nastroszona z tyłu i u góry z prostą grzywką. Ostatecznie zdałam się na fachowca i pozwoliłam zrobić to co mam.
Uczesanie może niezłe ale raczej nie dla mnie. Kolorek taki mogę ponosić.  Zawsze to jakaś zmiana i znów jestem wyraźniejsza i widać moje oczy. Także godzę się z sytuacją.
Za chwilę jednak się zastanawiam jak by jednak było tak całkiem jak chciała to może było by lepiej. 
Potem, no ale przecież tak da się chodzić. I znów fryzura jest uniwersalna. Grzywka na boczek jeden, drugi, do przodu. Sama mogę spróbować postawić boki i walnąć coś co było w zamyśle. Może i pokręcona się nada. Ogólnie nie ma co szukać dziury w całym. 
I tak w kółko :)

Na drugi dzień rano. Zaspany człowiek nie bardzo pamięta co wczoraj robił. A tu w lustrze widzę najpierw księżyc w pełni i dopiero gdzieś potem fryzurę. Ostatecznie. Kolor podoba mi się. Reszta nie jest źle ale dobrze wcale. Pragnienie posiadania prostych, miękkich włosów zaowocowało w za duże ulizanie jak na mnie. Może jak zrobię po swojemu, po myciu będzie trochę lepiej. Eksperyment nie do końca udany ale z pewnością potrzebny mi był. Czuję się inaczej.

Pierwsze opinie ludzi:
mąż : dziwnie, pieczarka- poprzednią fryzurę określał jako bardzo ładnie, czyli jakaś wykładnia jest :)
co odważniejsze koleżanki w pracy - kolor super, ale grzywka chu... lub oklapnięte
reszta: nowa fryzura (bez komentarzy :))

Nic to. W końcu kiedyś pisałam, że nie tylko dobre rzeczy pokazuje się na blogu, zatem konsekwentnie ujawnię swoją podobiznę na drugi dzień po fryzjerze. Już zaczęły żyć swoim życiem, także nie jest już taka krucha grzywka i idealnie prosta jak wczoraj.

Najpierw na wypadek jak by ktoś trafił kto nie wie jeszcze jak wyglądam, zdjęcie zrobione wieczorem, dzień przed pójściem do fryzjera.

Z założenia w tym samym miejscu, stroju i o tej porze miało być zrobione zdjęcie po zmianie. I nawet było, ale kompletnie nie było widać koloru więc zrezygnowałam i wstawiam to dzisiejsze robione na świcie. Jednocześnie to zapowiedź następnego postu.


Jak by coś, to się nie przejmować i wszelakie uwagi walić śmiało.  :)

poniedziałek, 5 września 2011

Na koniec bez szaleństw.

W letni czas  z przyjemnością pakuję walizę i lizę, tam gdzie zielono, gdzie wiejskie sioło...
No dobra nie lizę tylko jadę. Za walizkę robi moje przepastna wielka torba, które jest zawsze niemiłosiernie wypchana po brzegi. Bo trzeba przecież zabrać najpotrzebniejsze rzeczy tupu laptop, aparat, ubranko jakiś kosmetyk etc. :) Dla potrzeb uwiecznienia jej na zdjęciu wypakowałam większość, ale liczę na wyobraźnie oglądających :)


Jednak las jest jak najbardziej obecny co już było widać u mnie na zdjęciach. Atmosfera wiejska również. Jest to też czas, gdzie jak się wybieram, to się nie ubieram a zarzucam coś wygodnego na grzbiet bez zbędnych przemyśleń. I tak oto przez przypadek na ten weekend przywdziałam bluzkę paskowaną, w "pogrubiające" (jak by nie którzy orzekli) pasy biało niebieskie. Przy podziwianiu jej, pragnę zwrócić uwagę szanownej widowni, że ma rzucony, ciekawy srebrny wzorek i subtelny krzyżaczek na placach. Daje dodatkowe chłodzenie latem :) 
Jest to pamiątka z mojej jedynej wyprawy na zachód do Belgii. Tam nabyłam trzy bluzeczki ale jak bym miala kasę, to j a k  j a  b y m  s i ę  o b k u p i ł a!!! Aż szkoda wspominać.
Także, tak tak, tyle lat na karku i zero "stempelków w paszporcie". No dobra stempelków już nie ma ale wiecie chodzi. 
Choć nie, raz za bardzo młodych czasów byłam w Berlinie a to inna historia. 
A i nie liczę licznych wypraw na zachód tupu Moskwa, Wilno, Lwów, Kojów czy oglądanie białych nocy w miejscach gdzie występują. 


Wracając do stroju. Na dół wdziałam białe leginsy - do białych pasków. 
Do granatowych pasków z pokrewnej rodziny kolorystycznej trafiły się sandałki. Wybrane nie ze względu na kolor, ale żeby przewietrzyć nogi przy ostatnich ciepłych dniach ;)
Przyozdobienie ręki wyszło samo. To u mnie jak mycie zębów. Jakoś głupio mi jak nie mam nic na ręce. 
I tak oto powstał powszedni, zwyczajny, prosty strój.






W ten weekend miałam też fazę na coś innego. Coś co jest aktualnie passé. Taki sam kolor paznokci u rąk i u nóg w równie klasycznym kolorze. Jest jeszcze coś do czego pasują paznokcie. Mianowicie mój kolczyk w nosie ma dokładnie tę samą barwę. Niedowiarki, mogą powiększyć pierwsze zdjęcie i się przekonać osobiście. A tutaj zbliżenie na wspomniany przypadek jednomyślności w "makijażu" kończyn ;)



Jak niektórzy zauważyli na koniec postawiłam na naturalne włosy. I tu dochodzę do sedna sprawy, dlaczego "na koniec". 
Jutro wybieram się do fryzjera. 
Pogodzę tych co byli za grzywką z tymi co byli za naturalnymi. Po prostu teraz nikomu się nie będzie podobać :P
Wymyślonej przeze mnie fryzury nie da się już pokręcić i tak ponosić, więc musiałam sobie pobyć w stanie skręcania :) (Dziś już mam wyprostowana grzywkę z tego samego powodu). Mam też przeczucie, że szybko będę wracać do obecnego stanu włosów. Zapytacie, po co zatem chcę zrobić, coś co za chwilę prawdopodobnie będę zmieniać. Dla samej zmiany. Dlatego, że tak jeszcze nie miałam i na własnej skórze muszę się o tym przekonać. I dlatego, że "ten typ tak ma" :)
Także jak się okaże faktycznie fryzura porażką, będzie przerwa w blogowaniu i chwilowy koniec. A w najlepszym wypadku, jak się zdecyduję pokazać, to będzie koniec z letnimi ubraniami :P Wcześniej niż inni muszę się zacząć cieplej przyodziewać, bo postanowiłam w tym roku nie chorować i nie iść na zwolnienie ;)

Miało być bez szaleństw ubraniowych, to zaszalałam ilościowo :) Kończąc przydługi post, bardzo serdecznie wszystkich pozdrawiam.  I daję Wam jeszcze różyczkę. Lekko przebrzmiałą, jako zapowiedź jesieni, jednak korzystającą z ostatnich promieni zachodzącego słońca. I tego słońca jak najwięcej na dworze jak i w duszy Wam życzę Kochane.



Buziaki :* ;)



sobota, 3 września 2011

Ciotkowa sukienka

Już mnie poniosło dalej w testowanie. Podobną metodą postanowiłam poddać ocenie sukienkę. Albo się nada, albo do kosza. Spokojnie. Tylko jedna stylizacja z jej udziałem jest przewidziana :)

Jako, że sukienka czarna ale z tych cienkich, to co by tu do niej dla kontrastu... Oczywiście coś trochę znów rockowego i moje martensy. Jak z tym się nie sprawdzi to samej na pewno nie będę nosić bo za nudno dla mnie i za ciotkowato.

Dziś w ramach przerywnika proponuję powszechnie znanie żyjątko latające zwane muchą. Buszowała w kwiatkach widocznych za mną :) A także pragnę się za Wami podzielić podkową. Zacna, wiekowa podkowa wisząca do nie pamiętnych czasów na starszawej komóreczce. Nie ważne. Byle działała i Wam też przyniosła szczęście :)
Miłego dnia i do następnego.