Zawsze tak było, że imieniny obchodziłam z tatą i babcią ( ich wypadały dzień po moich) a urodziny z mamą. W tym roku jednak fakt mojego starzenia się przybladł bo świętowaliśmy 70te urodziny mojej mamy. O tym, że jednocześnie ma imieniny sądzę, że też nie wielu pamiętało. Swoją drogą jaki to był kiedyś kiepski zwyczaj dawać dziecku na imię tak "jak sobie przyniosło". Nie chciałabym tak :) A Wy?Uroczystość odbyła się własnym sumptem w domowym zaciszu wiejskiej "posiadłości". Celowo nie używam słowa imprez, ponieważ jak obliczyłam średnia wieku biesiadników wynosiła 62 lata :) Z tego też powodu było tylko 4 facetów i 7 kobitek. Także tańczyć nie było z kim (zresztą takich "szaleństw" nie było). Plus był taki, że jak kobity chwyciły za gary, to chwila moment było posprzątane. I to też już raczej dzięki temu, że panie starszej daty. Współcześnie nie wyobrażam sobie takiego obrotu sprawy. Biesiadowanie skończyło się po 5 godzinach.
Dało mi to do myślenia.
Pamiętam urodziny z przed 30 lat, gdzie goście byli liczni, mieszani. Tańce, hulanki swawole do późnych godzin nocnych.
Dwadzieścia lat temu, nie było gorzej. Pamiętam ognisko, przez które nawet co nieliczni skakali. Towarzystwo rozłaziło się po kątach i każdy używał imprezy jak lubił. Lub jak mógł. Bo były wtedy obecne 4 pokolenia na raz. Także babuszka z zacisza fotelika podpatrywała zgromadzonych. Najmłodszy w pieluchach darł się wniebogłosy. Starsi paląc, pijąc prowadzili rozliczne dysputy, które wraz z ilością wypitego alkoholu stawły się coraz głośniejsze. Jednych nawet doprowadzały do waśni by za chwilę pogodzić ich we wspólnym śpiewie. Lubiłam jak mój tatuś śpiewał ze swym bratem rodzonym. Takie lekko sprośnie, figlarne pioseneczki. Młodzież przeważnie z dala oddawała się swoim rozrywką.
Dziesięć lat tamu już paru osób zabrakło z towarzystwa. Było ciszej, stateczniej.
Wczorajsze spotkanie było bardzo miłe i doniosłe jednak brakowało mu dużo do dawnego blasku.
A jakie będą moje urodziny za następne dziesięć a już na pewno za dwadzieścia lat... Ja mój mąż i brat (cioteczny) z żoną i to w optymistycznym scenariuszu. Już nawet dalej zaczęłam się bać myśleć. Przeraziło mnie to wszystko. Zawsze przed urodzinami miewałam małe kryzysy związane, że "następny krzyżyk na kark wchodzi", ale jeszcze nigdy nie dopadło mnie to w takiej wersji.
Jeszcze słówko o włosach. Oczywiście tak jak fryzjer już nie potrafiłam zrobić. Postawić się wg zamysłu też nie chciały. Zaczesywana na bok grzywka też nie do końca trzymała się wyznaczonego miejsca. Także mam "cuś" co samo chciało wyjść. I tak na razie będzie i już.
















