Będę dziś długo przynudzać. Rozpisywać. Uzewnętrzniać. Ponieważ będzie o moim idealnym dzisiejszym popołudniu. Miało być o urlopie, ale skoro się wydarzyło dziś, to zyskało palmę pierwszeństwa.
Nie przestawiłam się jeszcze po urlopie, dzień w pracy dłuży się niemiłosiernie, pracy dużo. Wiedziałam, że do domu nie mam specjalnie po co wracać. Przyjaciółka na urlopie. Co zrobić z tak kiepsko rozpoczętym dniem?
Odpowiedź nasunęła się od razu. Bardzo prosta. Centrum handlowe. Chyba najpopularniejsze w Warszawie, dostatecznie daleko. Bez nastawienia na zakupy. Zwyczajnie połazić.
W sklepach dużo ludzi. Towaru jak by mniej, przebrany. Z zakupami letnich ciuchów już skończyłam. Nabyłam tylko pewną biżuterię i ciuszek już na zimniejsze dni, ale o tym później.
W ponad dwie godziny obleciałam wszystkie sklepy co chciałam. Pogoda jest idealna do tego by moje nogi przypominały balony. Dawały zatem boleśnie o sobie znać. Gdzie najlepiej się odpoczywa? Ogródek Pizzy Hut przy Super Superme i coli. Jednak z uwagi na ludzi czekających w kolejce skonsumowałam jedynie posiłek i przeniosłam się obok na klocek koło fontanny. I jak tam usiadłam to po dwóch godzinach wstałam tylko z rozsądku bo mogłam bym tak siedzieć chyba godzinami.
Piękna pogoda. Godzina 18 więc już nie upał, tylko przyjemne wakacyjne ciepło. Plusk wody w tle i..... ludzie.
Od dziś jak mnie ktoś zapyta, jakie mam hobby, bez wahania mogę dodać jeszcze jedno: OBSERWOWANIE LUDZI!.
Widziałam parę dziewczyn ubranych, modnie, stylowo. Prawdziwe perełki. Dużo było "niedopracowanych" ale już z wyraźnym jakimś akcentem. Niechybnie ulica w Warszawie też zrobiła już duże postępy.
Widziałam dwie mocno starszawe panie, ubrane rewelacyjnie, prawie młodzieżowo, ale w nie rażący sposób. Widziałam dziewczynę, która szła na bosaka. Wyraźnie siła wyższa. W ciąży była. Nogi spuchnięte równie ładnie jak moje. Poodrywane plastry dyndały się smętnie. Butów w ręku nie miała, ale miała sporą torbę więc miała gdzie je upchnąć. Nie był to śmieszny widok. Patrzyłam raczej z rozczuleniem. Był taki inny w swojej niecodzienności.
Była dziewczynka w wieku jakiś 10 lat. Ubrana niczym prawdziwa fashionistka. Niesamowite było zderzenie wyszukanego przez mamę stylu z jej dziecięca żywotnością, biegającą z innymi berbeciami w fontannie.
Jednak najbardziej nie mogłam się napatrzeć na płeć przeciwną. Tu dopiero widać, jakie świat robi postępy. Wszyscy przedstawiciele tego "dziwu" byli mnie więcej w przedziale 15-25 lat. Opisując ich ubrania słów użyć należy prostych: najczęściej spodenki dżinsowe, jakiś T-shirt, trampki. Ale spodenki w obowiązkowej długości w okolicy kolan, odpowiednia szerokość, fason. Nie jakieś bermudy żywcem z plaży. Koszulko też ciekawe. Trampki np. czerwone. Do tego przeważnie gościła jakaś męska faja torba. Na prawdę podoba mi się taki ród męski, który potrafi tak o siebie zadbać. Nie oszukujmy się, nie jeden był w temacie mody, stylu czy jak to nazwać wiele bardziej ode mnie. Nie czułam jednak zazdrości tylko podziw i zachwyt. Może dlatego, że fajne ubrane dziewczyny już w pewnym stopniu mi się opatrzyły a faceci to wciąż nowość...
Żałowałam, że nie miałam aparatu, bo nie da się tego wszystkiego opisać.
Jak wspomniałam, wracałam do domu przez rozsądek. Droga powrotna też jednak była przyjemna. "Złoty dwadzieścia na liczniku". Przeskakujące światła latarni. Blask miast po bokach. Wiatr w włosach wpadający przez otwarte okno. Typowo wakacyjna muzyczka z radia z wystarczającą ilością decybeli. Muskające łańcuszki mój nadgarstek. Stukot pierścionka o pierścionek przy zmianie biegów. Mmm....
I tu dochodzimy do dzisiaj nabytej biżuterii i rozważań na temat mojej osoby. Tylko jeszcze napiszę, dla tych którzy, przy "złoty dwadzieścia" stwierdzili "phi, a cóż to za prędkość", że jednak całkiem pusto nie było a wręcz spory ruch, ale w porównaniu jak codziennie wracam tamtędy z zawrotną prędkością 40 km na godzinę, to na prawdę było już coś.
Poszłam na te zakupy w jednym byczym pierścionku, takim powiedzmy "glam". W pierwszym sklepie z akcesoriami w oczy natychmiast wpadła mi rockowa bransoletka z małymi ćwiekami i wiszącymi łańcuszkami. Założyłam i już nie zdjęłam. W następnym "o fajny pierścionek, taki etno". Przymierzyłam i znów od razu w nim wyszłam.
Popatrzyłam potem na tę swoją rękę i stwierdziłam, że to cała ja. Mieszanka stylów teoretycznie do siebie nie pasująca. Duża ta biżuteria jak jej właścicielka. Przerysowana. Dla większości na pewno kiczowata. Do tego upust ostatniej fascynacji kolorami na paznokciach. Istny jarmark "cudów".Jadnak opinia innych w tym temacie przestała mieć znaczenie przy samopoczucie jakie wywołała. Nigdy nie zadowoli się wszystkich. Właściwie z opinią tylko jednaj osoby należy się liczyć: WŁASNĄ. Owszem konstruktywne uwagi innych bywają przydatne, ale należy pamiętać, że są wygłaszane przez pryzmat ich własnego gustu.
Ok bo już się chyba zrobiło, aż za powarzenie i pewnie podpadłam (jeżeli w ogóle ktokolwiek dotarł do tego momentu ;)). To tylko dodam, że rozważam czy nie iść w tym wszystkim spać ;) (oczywiście żartuję :))
A o to jak to wygląda:
I mała fotkeczka nabytku ciuchowego. Wzięłam bez zastanowienia, czy do czegoś będzie pasować. Jeszcze nie myślę na serio o jesiennej garderobie. Czy nie będę wyglądać jak wieśniara (ewentualnie wstaw własne słowo). Po prostu mi się spodobało. Ostatecznie na pewno będzie praktyczne, bo cieplutkie i milutkie.
środa, 13 lipca 2011
wtorek, 12 lipca 2011
W końcu maxi jak się zowie.
Pierwsze zdjęcie było "dla jaj" jako parafraza romantyczności z jaką kojarzy mi się w pierwszym rzędzie taki model sukienki. "Naga" sukienka będzie później :)
Gdy założyłam samą sukienkę, jak było do przewidzenia, z moim uprzedzeniem, nie podobała mi się. Od razu porzuciłam pomysł, utwierdzania jej w romantyczności jakimś zwiewnym sweterkiem i przywdziałam prezentowaną wczoraj kamizelkę.
Złoty naszyjnik. Tak, tak Asiu złoty :), jak pisałam już wcześniej przekonałaś mnie i trochę ciepła nie zaszkodzi. Do tego teraz zaczęło mi się podobać złoto, zwłaszcza w połączeniu ze srebrem, ale to temat na inny post.
Na początku zagościł złoto-czarny pasek ale potem go zdjęłam. To chyba jedna z nielicznych moich stylizacji gdzie nie mam prawie dodatków. Jakoś tutaj mi nie pasowały.
Jak obejrzałam zdjęcia, chciałam z zadowoleniem krzyknąć, że miałam rację i że to fason kompletnie nie dla mnie (szczególnie w tym "nagim" wykonaniu) i że mogę ją przecież oddać. Potem jednak okazało się, że trzeba podjechać do sklepu. Ubrana w opalacz. Tak, udało mi się go dwa razy założyć :) choć było to liczone w godzinach i efektów w postaci opalenizny brak. Co tu się ubierać i kombinować, na pięciominutowy wypad do wiejskiego sklepiku. Przecież można zarzucić tę sukienkę. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. I kurna okazał to się najlepszy ciuch na wakacje.
A oto i bohaterka dzisiejszych wywodów:
Rzucik z bliska na naszyjnik.
Sukienka, naszyjnik - H&M; kamizelka, pasek - C&A
Rzucik z bliska na naszyjnik.
poniedziałek, 11 lipca 2011
Dżins vol. 1 - na zakupy
A kuku ;-) Zaglądam czy jeszcze ktoś tu jest, czy jest do czego wracać :-)
Witam Was po urlopie.
Jako, że tan czas wolny od pracy był wolny i od cywilizacji, zatem na ten temat nie ma co się ropisywać. Był minął, trzeba było wrócić do pracy.
Siłą rzeczy. czasem, ciut, będę nawiązywać do minionych chwil, tak jak z dzisiejszym strojem. Pierwszy dzień urlopu za nim udałam się do głuszy spędziłam na czynności kochanej przez znamienitą większość kobiet mianowicie na zakupach i "zwiedzaniu" galerii. No wiecie, tak nalatać się na zapas :)
Wybierając się na taką długą wyprawę zawsze wkładam najwygodniejszy stój i oczywiście takowe obuwie. Nie ma chyba lepszych ciżemek do tego niż tenisówki/trampki. Do tego dżinsy, zgodnie z pogodą mogą być krótsze i jakiś wygodny podkoszulek. No i do tej pory to wystarczyło. Odkąd prowadzę tego bloga i czasem myślę co zakładam tym razem doszła kamizelka i inne dodatki.
Po co gadać najlepiej od razu pokazać.
kamizelka, pasek, kapelusz- C&A ; spodnie - F&F, tenisówki - Deichmann, pierścionek - H&M; torebka - TKK Max
A na koniec zestawienie dawnego "łysego" ubranka i tego obecnego. Umieszczam je, bo tutaj dokładnie zobaczyłam to o czym mówiła stylistka. Na pierwszym zdjęciu jestem jak okrągłe jabłuszko w okolicy brzucha i bioder czyli zwraca uwagę na to co chciałbym ukryć. Na drugim wiedzę jak pasek, "robi talie", jak szersza góra (bufki) równoważy proporcje. Kamizelka robi jedno i drugi. W kapeluszy też mam głowę nieco większą do tych lepszych proporcji. Jednocześnie wyraźnie spodnie mają fason skracający nogi. Ja były bo to tego długie, efekt chyba był bliski ideału. Zgodzicie się ze mną ?
Aha. Niestety, to że zobaczyłam nietrafność fasonu spodni w stosunku do mojej sylwetki nie sprawi, że wylądują na śmietniku. Ciuchy chomikuję i musi być jakiś zryw jak wtedy ze stylistką bym ich się pozbyła. Mało tego, będę w nich chodzić. Choć może jeszcze jedno podobne foto uświadomi mi, że to faktycznie straszny błąd, to "awansują" na ciuchy dojazdowy na wieś :)) Tak jak ciągle piszę poszukuję dopiero swojego stylu i choć wiem, że na błędach powinnam się uczyć jednak jakoś głupio się przywiązuję do ciuchów. Może to za sprawą dawniejszych czasów gdzie chodziło się w tym co się zdobyło, co w ogóle było w moim rozmiarze nie to co bym chciała. Jednak pracuję ciężko nad tym i może przyjdą takie czasy, że taka jedna fotka będzie znaczącym kopniakiem do pozbycia się ciucha z mety. Nie no dobra, jak to już napisałam, to na pewno nie prędko je wdzieję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











